Ni pies ni wydra…

Pogoda za oknem nie może się zdecydować, czy nas rozpieszczać słońcem, czy smagać deszczem. Żeby sprowokować aurę do cieplejszych temperatur otworzyłem butelkę różowego wina i zastanawiam się czemu tak powoli zdobywa popularność w naszym pięknym kraju. Są zdecydowani zwolennicy białego, zaciekli wyznawcy czerwonego a ono nie może się doczekać swojego fanklubu. Czemu traktuje się je jak podrzędny podgatunek?

W tamtym roku wybuchła kolejna wojna winiarska tym razem o różowym zabarwieniu. Tradycyjnie starli się winiarze europejscy (prym wiedli Francuzi) z nowo światowcami (z tej strony stanęli Australijczycy). O co poszło?

Okazało się, że część producentów z kraju pędzącego kangura poszła na łatwiznę i wytwarzała różowe wino przez mieszanie białego z czerwonym, czy na odwrót

Sam parokrotnie stosowałem ten sposób, gdy dopadała mnie fantazja. Co ciekawe powstają wtedy niepowtarzalne mieszanki, czasem o urokliwym kolorze, zapachu i smaku.

Ba! W jednym z hoteli sprytni kelnerzy na zamówienie różowego wina, nie mając go na stanie naprędce stworzyli tak wspaniały mix, że zachwycony klient chciał kupić karton tego smakowego cudu. Oczywiście poinformowano go, że „wino wyszło” a butelka już trafiła do śmieci.

Tak więc każdy z nas może stworzyć popularnego „rozaczka” własnym sumptem.

Bardziej tradycyjnym sposobem powstawania różowego wina, jest wyprodukowanie go z czerwonych winogron, w skórce których znajduje się barwnik. Im dłużej skórki mają kontakt z sokiem tym ciemniejszy kolor uzyskamy. Żeby powstało różowe wino czas ten oscyluje między ośmioma a dwunastoma godzinami. Dlatego o rose mówi się, że jest to „wino jednej nocy”…wolę to określenie niż to użyte w tytule.

Acha zapomniałem dodać, że moje rose pięknie musuje i jest szampanem a o nim trudno powiedzieć, że jest podrzędnym podgatunkiem.

Na zdrowie!