Wyjdzie teraz jaki to stary jestem ;) otóż znam to magiczne miejsce w Bukowinie Tatrzańskiej od jakiś 35 lat. W latach mojego dzieciństwa, gdy Kotelnica w Białce nie była jeszcze świętą górą naszych narciarz, a kanapy można było spotkać w domach a nie na wyciągach, stawiałem pierwsze nieśmiałe kroki w kierunku Misia (bo tak się wtedy to miejsce nazywało).


Rarytasay jakie można tam było kupić to lody melba i pepsi (zestaw 25 złotych) - w tamtych czasach pepsi królowało na południu Polski a reszta kraju musiała zadowolić się coca cola. Zawsze kolejka, gwar na podjeździe i ta radość, że udało się złapać wolne miejsce. Z Panem Henrykiem, tatą Bartka obecnego właściciela żyliśmy różnie: a to w sądzie zeznawałem przeciwko niemu a to za parę lat kazał mojej córce mówić do siebie Wujku i przychodzić na desery.


Miałem marzenia, żeby kiedyś to miejsce należało do mnie bo miało fajną energię a ja kocham góry.o tym kiedy indziej.


Nastały czasy Ewy i Bartka :) jak zobaczyłem knajpę po remoncie, powiedziałem że fantazji by mi zabrakło, żeby dokonać tego co oni zrobili


- rewelacyjne połączenie kostki magazynowej i kamiennej na podłodze


- wyjęcie uszczelnienia z płazów (takie bale z których zrobione są ściany) i wycięcia w nich otworów, to było genialne. Sala stała się bardziej przestronna a kolory ścian, Bartkowe rzeźby spawane ze złomu i meble, które robi i świeczniki wspaniałe dopełniają całości obrazu.


- brak góralskiej muzyki służy lepszemu trawieniu, bo jak tu jeść jak ona go chciała cyckiem cyckiem ;)


Z kawiarni Miś powstała restauracja Bury Miś. Wyrazy szacunku dla Pana Tadzia, którego nie ma już między nami a położył podwaliny pod dzisiejszy sukces.


Panie, które tam gotują wkładają całe serce w smak potraw i z wielką przyjemnością i uznaniem wznoszę za ich zdrowie kieliszek wiśniówki.


Na sali królują Ewa i Justynka (Młodziutka), w najgorszym "kotle" można liczyć na ich uśmiech, dobrą podpowiedź co do trunków i menu.


Pisać o jedzeniu można kwieciście, ale najlepiej samemu tam wpaść, popróbować i zapaść się w ten jedyny, niepowtarzalny klimat, który tak misternie zbudowali właściciele.


Mam to szczęście, że w sezonie mieszkam na przeciwko Burego Misia u mojej matki chrzestnej i jestem tam codziennie, także mają mnie dosyć na pewno.


Wieczorne posiadówki przy winie (od którego czasami staram się odpocząć, ale jak tu odmówić Gospodarzom, którzy lubią je ze mną pić)albo przy drinkach - polecam Czar Spawacza (jak Bartek pozwoli to zamieszczę przepis), przy wiśniówce - najlepiej pić ją na poziomie podłogi,


są momentem pełnego, niezmąconego szczęścia i radości.


Staram się nie nadużywać gościnności a jak o jakiejś nieprzyzwoitej godzinie wychodzę spać, raz - mam blisko, dwa - wiem, że wrócę za parę godzin.


Menu znajdziecie na stronie www.burymis.pl, ja osobiście uwielbiam jagnięcinę, górala, kaczkę, udziec, oscypki, golonkę, placek i żurek i.i.


Nie wiem kiedy tam wpadnę, ale brakuje mi  tego klimatu strasznie.